Studiowanie vs. doświadczenie
Part 1
Wielu z nas usłyszało takie słowa: „Praca jest, ale trzeba mieć skończone studia, fach w ręku, 25 lat i 10 lat doświadczenia”. Po trosze żartujemy z tego, ale znacznie częściej oburzamy się. Niby jak absolwent uczelni ma mieć doświadczenie?! Kiedy miał(am) je zdobyć! Z drugiej strony jednak, czy nie przydałaby się nam odrobina pokory? Posypanie głów popiołem i przyznanie się: „Nie pomyślałam(em) o tym wcześniej”.
Panie i panowie, obudźmy się! Złote czasy dla magistrów minęły, może bezpowrotnie. Dzisiaj samo posiadanie magicznego trzyliterowego skrótu przed nazwiskiem, to tak naprawdę tylko początek naszej drogi ku karierze, pracy i godziwym zarobkom, o których przecież wszyscy marzymy. Swoją drogą, ciekawe, skąd bierze się takowe przekonanie? Co sprawia, że myślimy, iż obrona pracy magisterskiej to moment, w który świat nie tyle staje przed nami otworem, lecz co więcej: pada na kolana w zachwycie! Bardzo możliwe, że rzecz zaczyna się już w szkołach podstawowych. Coraz częściej zdarza się, że nauczyciel nie może zwrócić uwagi w obawie przed: a) naruszeniem godności osobistej dziecka, a w konsekwencji b) atakiem oburzonego rodzica). Z drugiej strony, w gimnazjach przeważnie jest już tylko gorzej. Każdy, kto bezpośrednio się z tym zetknął, wie, o czym piszę. W szkołach średnich jest podobnie – zachłystywanie się świeżo nabytą dorosłością nie sprzyja, niestety, tworzeniu długofalowych planów i rozmyślaniom nad przyszłością.
I tak oto docieramy na uczelnie wyższe. W teorii powinny one z nas zrobić nie tylko światłych i wykształconych ludzi, ale także ludzi z otwartymi umysłami, otwartymi na innych i na nowe doświadczenia. Powiedzieć, że praktyka rozmija się z teorią, to banał. Spróbujmy się więc zastanowić, jakie są tego przyczyny i jak, jeżeli można, temu zapobiec?
Czy jest to wina uniwersytetów jako takich? Być może stosują one przestarzałe metody nauczania? Nie dostosowują poziomu kształcenia do wymagań rynku pracy? A może szkodzi narzekanie i biadolenie, czyli zrzucanie odpowiedzialności? Czy przypadkiem nie jest nam tak wygodniej? Suma summarum, to wprost niedorzeczne. Skończyłem(am) renomowaną uczelnię, na dyplomie mam „5”, a pracy nie mogę znaleźć!
Oczywiście, zgodzę się, że są bardzo dobre i wystarczająco dobre uczelnie wyższe czy wykładowcy mniej lub bardziej przygotowani nie tylko do wykładów, ale też zawodu. Zajęcia prowadzone w nowoczesnych, klimatyzowanych salach z rzutnikiem itp., ale również w ciasnych, dusznych salkach z piekielnie niewygodnymi krzesłami. Istnieją bogato wyposażone przyuczelniane biblioteki i te, które liczą sobie tylko tysiąc książek. Jest tylko jedno ale…
Wiedzę i wykształcenie się zdobywa, same do nas nie przyjdą. Tak więc, najważniejszymi czynnikami są nasza motywacja do pracy i chęć do samodoskonalenia się, aniżeli to, czy studiuję na uniwersytecie w mieście A czy na akademii w mieście B. To czas, który poświęcimy na aktywne, podkreślam, aktywne studiowania w dużej mierze wpłynie na nasze życie po studiach i tym samym na naszą pracę. Dlaczego?
Moment odbioru dyplomu ukończenia studiów to zaledwie przedsmak czekającej nas przygody. Przed nami „LL” – Lifelong Learning, czyli dokształcanie się nie tylko poprzez studia podyplomowe, ale kursy i szkolenia, zdobywanie różnego rodzaju certyfikatów i zaświadczeń, a wszystko to, aby możliwie najlepiej przygotować się do potrzeb rynku pracy i stać się osobą pożądaną przez „headhunterów”. To wszystko dość dużo kosztuje, ale z drugiej strony, przeważnie zależy nam na uzyskaniu stałego miejsca pracy. Poza tym, nie będziemy skąpić na samym sobie. Czy istnieje jakaś alternatywa?
Alternatywa istnieje, aczkolwiek nie jest to tak naprawdę łatwiejsze rozwiązanie. Odpowiedź brzmi: aktywne studiowanie. Nie takie, które polega nie tylko na nauce i odpoczynku od niej. Nawet nie ten typ, którego ukoronowaniem jest stypendium naukowe. Chodzi o studiowanie z pasją, pełnym zaangażowaniem, studiowaniem z miłości do danej dziedziny, ale również z umysłem otwartym na inne możliwości.
Obecnie jest to dość trudne z kilku powodów. Przede wszystkim, maturzysta wybierający się na studia jest pod naciskiem dwóch grup: rodziców i rówieśników. Rodzice mówią: „Wybierz kierunek z przyszłością, tj. zatrudnieniem”. Rówieśnicy zachęcają: „Chodźmy razem na studia. W grupie zawsze raźniej”. Do tego dochodzi chęć usamodzielnienia się i wyrwania spod opiekuńczego rodzinnego wpływu.
I chociaż te dylematy znane są każdemu maturzyście, jakiś czas temu doszedł jeszcze jeden czynnik: moda na studiowanie. Obecnie wszyscy powinni mieć wyższe wykształcenie. Nieważne, czy tego chcą, czy nie. Czy jest im to potrzebne, czy nie. Jak grzyby po deszczu pojawiły się uczelnie prywatne, oferujące kształcenie w każdej znanej nam dyscyplinie (i kilku nieznanych). Odbiło się to na poziomie i jakości kształcenia, niestety.
Dla jasności, nie mam nic przeciwko prywatnym uczelniom. Prawdą jest, że umożliwiają one zdobycie wykształcenia osobom, które z różnych przyczyn nie mogły podjąć studiów wcześniej bądź postanowiły jednocześnie studiować i pracować. Problem zaczyna się, kiedy młody człowiek, nie będąc do końca zdecydowany, co chce w życiu robić, zaczyna studiować coś, dosłownie cokolwiek, byle tylko studiować. Szczerze mówiąc, trudno tej pułapki uniknąć, bo niewielu 19-latków tak naprawdę wie, w jakim zawodzie chce pracować.
Można jednak spróbować studiować inaczej, nie dla mamy, taty czy znajomych, ale dla siebie. Studiować dla własnego rozwoju i własnej przyjemności. Nie dla łatwych i niemęczących studiów. Każdy, kto wybiera się po wyższe wykształcenie i myśli: „Eee, te studia są proste. Słyszałam, że z tej uczelni nie wyrzucają”, nie rozumie tak naprawdę całej idei studiowania. Z niekorzyścią dla siebie, rzecz jasna.
Ponadto, kiedy pasjonackie studiowanie sprzyja przyswajaniu wiedzy, a tym samym pozostawia jeszcze czas i apetyt na więcej. Niekoniecznie musi być to działalność w samorządzie studenckim czy kole naukowym. Można poświęcić się swoim innym pasjom lub rozpocząć naukę egzotycznego języka. Można też pomyśleć o zdobyciu doświadczenia. Możliwości są praktycznie niezliczone. Jakie dokładnie? O tym następnym razem!
Marzena Frączek
Wielu z nas usłyszało takie słowa: „Praca jest, ale trzeba mieć skończone studia, fach w ręku, 25 lat i 10 lat doświadczenia”. Po trosze żartujemy z tego, ale znacznie częściej oburzamy się. Niby jak absolwent uczelni ma mieć doświadczenie?! Kiedy miał(am) je zdobyć! Z drugiej strony jednak, czy nie przydałaby się nam odrobina pokory? Posypanie głów popiołem i przyznanie się: „Nie pomyślałam(em) o tym wcześniej”.
Panie i panowie, obudźmy się! Złote czasy dla magistrów minęły, może bezpowrotnie. Dzisiaj samo posiadanie magicznego trzyliterowego skrótu przed nazwiskiem, to tak naprawdę tylko początek naszej drogi ku karierze, pracy i godziwym zarobkom, o których przecież wszyscy marzymy. Swoją drogą, ciekawe, skąd bierze się takowe przekonanie? Co sprawia, że myślimy, iż obrona pracy magisterskiej to moment, w który świat nie tyle staje przed nami otworem, lecz co więcej: pada na kolana w zachwycie! Bardzo możliwe, że rzecz zaczyna się już w szkołach podstawowych. Coraz częściej zdarza się, że nauczyciel nie może zwrócić uwagi w obawie przed: a) naruszeniem godności osobistej dziecka, a w konsekwencji b) atakiem oburzonego rodzica). Z drugiej strony, w gimnazjach przeważnie jest już tylko gorzej. Każdy, kto bezpośrednio się z tym zetknął, wie, o czym piszę. W szkołach średnich jest podobnie – zachłystywanie się świeżo nabytą dorosłością nie sprzyja, niestety, tworzeniu długofalowych planów i rozmyślaniom nad przyszłością.
I tak oto docieramy na uczelnie wyższe. W teorii powinny one z nas zrobić nie tylko światłych i wykształconych ludzi, ale także ludzi z otwartymi umysłami, otwartymi na innych i na nowe doświadczenia. Powiedzieć, że praktyka rozmija się z teorią, to banał. Spróbujmy się więc zastanowić, jakie są tego przyczyny i jak, jeżeli można, temu zapobiec?
Czy jest to wina uniwersytetów jako takich? Być może stosują one przestarzałe metody nauczania? Nie dostosowują poziomu kształcenia do wymagań rynku pracy? A może szkodzi narzekanie i biadolenie, czyli zrzucanie odpowiedzialności? Czy przypadkiem nie jest nam tak wygodniej? Suma summarum, to wprost niedorzeczne. Skończyłem(am) renomowaną uczelnię, na dyplomie mam „5”, a pracy nie mogę znaleźć!
Oczywiście, zgodzę się, że są bardzo dobre i wystarczająco dobre uczelnie wyższe czy wykładowcy mniej lub bardziej przygotowani nie tylko do wykładów, ale też zawodu. Zajęcia prowadzone w nowoczesnych, klimatyzowanych salach z rzutnikiem itp., ale również w ciasnych, dusznych salkach z piekielnie niewygodnymi krzesłami. Istnieją bogato wyposażone przyuczelniane biblioteki i te, które liczą sobie tylko tysiąc książek. Jest tylko jedno ale…
Wiedzę i wykształcenie się zdobywa, same do nas nie przyjdą. Tak więc, najważniejszymi czynnikami są nasza motywacja do pracy i chęć do samodoskonalenia się, aniżeli to, czy studiuję na uniwersytecie w mieście A czy na akademii w mieście B. To czas, który poświęcimy na aktywne, podkreślam, aktywne studiowania w dużej mierze wpłynie na nasze życie po studiach i tym samym na naszą pracę. Dlaczego?
Moment odbioru dyplomu ukończenia studiów to zaledwie przedsmak czekającej nas przygody. Przed nami „LL” – Lifelong Learning, czyli dokształcanie się nie tylko poprzez studia podyplomowe, ale kursy i szkolenia, zdobywanie różnego rodzaju certyfikatów i zaświadczeń, a wszystko to, aby możliwie najlepiej przygotować się do potrzeb rynku pracy i stać się osobą pożądaną przez „headhunterów”. To wszystko dość dużo kosztuje, ale z drugiej strony, przeważnie zależy nam na uzyskaniu stałego miejsca pracy. Poza tym, nie będziemy skąpić na samym sobie. Czy istnieje jakaś alternatywa?
Alternatywa istnieje, aczkolwiek nie jest to tak naprawdę łatwiejsze rozwiązanie. Odpowiedź brzmi: aktywne studiowanie. Nie takie, które polega nie tylko na nauce i odpoczynku od niej. Nawet nie ten typ, którego ukoronowaniem jest stypendium naukowe. Chodzi o studiowanie z pasją, pełnym zaangażowaniem, studiowaniem z miłości do danej dziedziny, ale również z umysłem otwartym na inne możliwości.
Obecnie jest to dość trudne z kilku powodów. Przede wszystkim, maturzysta wybierający się na studia jest pod naciskiem dwóch grup: rodziców i rówieśników. Rodzice mówią: „Wybierz kierunek z przyszłością, tj. zatrudnieniem”. Rówieśnicy zachęcają: „Chodźmy razem na studia. W grupie zawsze raźniej”. Do tego dochodzi chęć usamodzielnienia się i wyrwania spod opiekuńczego rodzinnego wpływu.
I chociaż te dylematy znane są każdemu maturzyście, jakiś czas temu doszedł jeszcze jeden czynnik: moda na studiowanie. Obecnie wszyscy powinni mieć wyższe wykształcenie. Nieważne, czy tego chcą, czy nie. Czy jest im to potrzebne, czy nie. Jak grzyby po deszczu pojawiły się uczelnie prywatne, oferujące kształcenie w każdej znanej nam dyscyplinie (i kilku nieznanych). Odbiło się to na poziomie i jakości kształcenia, niestety.
Dla jasności, nie mam nic przeciwko prywatnym uczelniom. Prawdą jest, że umożliwiają one zdobycie wykształcenia osobom, które z różnych przyczyn nie mogły podjąć studiów wcześniej bądź postanowiły jednocześnie studiować i pracować. Problem zaczyna się, kiedy młody człowiek, nie będąc do końca zdecydowany, co chce w życiu robić, zaczyna studiować coś, dosłownie cokolwiek, byle tylko studiować. Szczerze mówiąc, trudno tej pułapki uniknąć, bo niewielu 19-latków tak naprawdę wie, w jakim zawodzie chce pracować.
Można jednak spróbować studiować inaczej, nie dla mamy, taty czy znajomych, ale dla siebie. Studiować dla własnego rozwoju i własnej przyjemności. Nie dla łatwych i niemęczących studiów. Każdy, kto wybiera się po wyższe wykształcenie i myśli: „Eee, te studia są proste. Słyszałam, że z tej uczelni nie wyrzucają”, nie rozumie tak naprawdę całej idei studiowania. Z niekorzyścią dla siebie, rzecz jasna.
Ponadto, kiedy pasjonackie studiowanie sprzyja przyswajaniu wiedzy, a tym samym pozostawia jeszcze czas i apetyt na więcej. Niekoniecznie musi być to działalność w samorządzie studenckim czy kole naukowym. Można poświęcić się swoim innym pasjom lub rozpocząć naukę egzotycznego języka. Można też pomyśleć o zdobyciu doświadczenia. Możliwości są praktycznie niezliczone. Jakie dokładnie? O tym następnym razem!
Marzena Frączek














