Kariera - Karierowicz
KARIERA/KARIEROWICZ
Nie ma na świecie rzeczy, przez którą nie przebiegałby jakiś boski nerw: rzecz w tym, żeby do niego dotrzeć i go podrażnić.
José Ortega y Gasset
Dużo zależy od woli człowieka. Może nawet czasem za dużo. Ale kariera, spełnienie się zawodowe i społeczne najczęściej zależy mocno od woli i celów, które sobie wyznaczamy. Pytamy się często, jak zrobić karierę?
Co sprawia, że komuś się udaje, tak się udaje, że jego buzia (nawet niezbyt pociągająca) trafia na bilbordy? Skąd ta energia? Skąd determinacja? Czy karierę robią ludzie zdolni i silni? Przekonujemy się jednak zbyt często, że karierę robią jednostki słabe i mierne pod każdym względem. Obraz tego, co zwiemy karierą rozmazuje się. Zaczynamy naśladować miernoty, bo one okazują się przecież w naszych czasach ikonami kariery, wielkiego sukcesu. Nierzadko żadnej innowacyjności nie dopatrzymy się w tych ludziach z pierwszych stron gazet, żadnej wielkiej cnoty, żadnej oszałamiającej inteligencji. Po prostu nic. Pusta bańka. Odpowiedź na tym etapie moich rozważań na pytanie: Czym jest dzisiaj kariera? brzmi kariera to dzisiaj karierowiczostwo. Najtańsze, najżałośniejsze.
„Kariera” – to słowo od najmłodszych lat kojarzyło mi się z krążeniem dookoła czegoś. Kariera istotnie – jako słowo w języku polskim – pochodzi od biegu, wyścigu, gnania hen do przodu, przebiegu. W językach romańskich słychać jeszcze ten stary łaciński pierwiastek: od czasownika currere. Zżymam się, gdy się mówi o „wyścigu szczurów”, rozumiejąc przez to współzawodnictwo, konkurencję, wyścigi ludzi prących do kariery, robiących karierę (za wszelką cenę, czyli za cenę utraty siebie). Z jednej strony porównywanie człowieka do szczura nie przystoi, z drugiej wolałbym, by szczury zostawić w spokoju, gdyż relacje w ich stadach są często zaskakująco poprawne, a nawet cechują się elegancją; lepsze są zaiste niż te między ludźmi, a na pewno lepsze od tych np. które rządzą światem polskich polityków (naszych bohaterów wspaniałych!) – wręcz są to relacje krystaliczne. A więc szczurów obrażać się nie godzi!
Świat jest pełen „krzątactwa”, machania gorączkowego rękami, ruchu bez kierunku i sensu, nerwowego kręcenia się dookoła własnych osi legionów całych przeciętniaków przeciętnych niebezpiecznie, robiących wokół siebie zamieszanie, celebrujących własną wielką małość, ale prawdziwych karier nie jest dużo. Bieganina bezowocna, krzątactwo celebranckie wokół swej osoby to rodzaj ars parasitica, czyli praktyki pasożytniczej. Tak bym to nazwał. Te to właśnie praktyki najbardziej wyjaławiają nas wszystkich wszędzie (także na uniwersytecie) – i naszą areną publicznych spraw, czyli „respubklikę”. Demokracja to częściowo przystanie na to, że przeciętni będą mieli władzę. Demokracja to do pewnego stopnia podpisanie ugody z bylejakością, podanie sobie ręki z garbarzami i producentami trąbek. Wiedział to i Perykles, i Arystoteles, i Tukidydes, a także wielki Eurypides. Gorzej, gdy ludzie o sprawnościach daleko niższych od przeciętnej zaczynają uchodzić za wielkie gwiazdy, za mędrców, mentorów, ambasadorów piękna i dobra. Ale nie obrażajmy się: to przecież nasze słodkie czasy!
Dlatego kariery trzeba promować. Trzeba je promować, bo format większy (nie mówię wielki) niesłychanie rzadko się trafia. Powstają biura karier. I dobrze, że te agendy są. Odnotowują one np., co działo się z absolwentami. Którzy z nich robili kariery, zakładali biznesy, stawali się sławni, byli cytowani w gazetach etc. Nie jest dobrze jednak wtedy, gdy biuro promocji samo składające się z przeciętniaków, którzy nie mieli śmiałości wychynąć poza mury uczelni, którą skończyli z przeciętnym wynikiem, nie mieli odwagi, bo świat ich przerażał i ludzie ich przerażali, i współzawodnictwo, i odpowiedzialność, i prawdziwe problemy i prawdziwe życie nie na pokaz, lecz w trudzie. Nie pisałbym o tym, gdybym się nie spotkał niedawno z brakiem wyobraźni jednego z takich przyuczelnianych biur (nie było to biuro tego typu na Uniwersytecie Śląskim). Zdumiony skrajnym „urzędasowstwem”, ale także rozbawiony pomyślałem, że trzeba ten problem podnieść.
Może dzisiaj już uniwersytet nie generuje ani innowacji, ani ludzi z wyobraźnią, ani śmiałych kreacji, które byłyby czymś atrakcyjnym dla biznesu tudzież trzeciego sektora. Być może nic już nie iskrzy na uczelniach, bo zabrakło prawdziwych mistrzów i zabrakło czasu na poważne myślenie (m.in. z powodu krzątactwa). Do tego agendy uczelniane przepełnione urzędnikami, którzy nie identyfikują się z uczelnią, nie kochają jej, o żadnej misji nigdy nie słyszeli, dla których tylko praca „od do” jest wszystkim; to jeszcze pogarsza kondycję i prowadzi do przepaści, gdyż przepaść na pewno istnieje, choć zza biurka jej nie widać (tym bardziej, że taki urzędnik patrzy w ekran komputera, układa pasjansa lub klika na „gg” – i taki urzędnik nie widzi petenta, studenta, niczego nie widzi). Taki urzędnik nie jest nawet karierowiczem. Nawet to byłby wysiłek nadmierny, by trochę poudawać. Pieniądze w błoto wyrzucone istnienie takich agend!
Pytam zatem: jak pomóc tym, którzy w poważny i odpowiedzialny sposób studiując, chcą zrobić karierę? Jaki dobry krąg stworzyć dla krążenia karier? Kto się ma tym zająć? Sądzę, że powinna to być działalność różnorodnych co do oferty krótkoterminowych projektów, opartych na entuzjazmie i dużej dawce fachowej wiedzy. Żadnych etatów i żadnych nominacji. To się powinno rozgorywać w akcji i pełnej determinacji. Powinny to być także projekty „zwrotne” i o charakterze zarządczym w dużym stopniu.
Ale nawet to nie pomoże, jeśli na studiach student nie zacznie się ćwiczyć w pomysłowości. Jeśli nie zacznie żyć tym, że wszystko zależy od nowej myśli. Zanim się odkryje Amerykę, trzeba najpierw odkryć siebie. Własne wnętrze, własną wrażliwość. Nie ma kariery bez poznania siebie. Aktywa nasze to obrazki z wyobraźni.














