Tryptyk literacki absolwentki
Karolina Pospiszil
Nas nauczono: nie ma wysiłku. (Auto)oskarżenie absolwenckie
Nam się należy. My chcemy. To nie nasza wina, że nie możemy znaleźć pracy. To wina innych: państwa, zbyt wygórowanych wymagań pracodawców, złego systemu, kryzysu. Pretensje i narzekania słyszę na każdym kroku, zwłaszcza wśród absolwentów uniwersytetów. Kiedy wreszcie skończymy z biadoleniem? Kiedy zamiast tracić czas na marudzenie zaczniemy szukać – jeszcze w trakcie studiów – ofert praktyk, staży, stypendiów? Mamy dużo więcej możliwości niż nasi rodzice czy starsze rodzeństwo, ale wciąż wielu z nas siedzi z założonymi rękoma i z rezygnacją przegląda oferty pracy.
To nasza mentalność czy efekt systemu wychowania i edukacji? Nie mnie to oceniać. Warto jednak pamiętać, że szło się nam na rękę od samego początku. Nie musieliśmy czytać lektur w całości, nie musieliśmy przygotowywać się na każdą lekcję, nie musieliśmy uczyć się poprawnie pisać ani nawet samodzielnie myśleć. Wystarczyło nauczyć się schematu klucza odpowiedzi. Nie musieliśmy przykładać się do matematyki, bo przecież nie było jej na maturze. Nie musieliśmy zdawać egzaminów wstępnych na studia. Zresztą większość z nas zaczęła studiować tylko dlatego, że matura z każdym rokiem jest coraz mniej warta. Wreszcie całe studia minęły nie wiadomo kiedy; dorabialiśmy to tu, to tam: w barach, na infoliniach, w sklepach, nie myśląc nawet, nie wysilając się, żeby – chociażby za darmo – zdobyć doświadczenie zawodowe. Tak, otrzymujemy dyplom licencjata czy magistra i jesteśmy bezradni. Bez doświadczenia, bez pomysłu na siebie, bez praktycznych umiejętności. Postanawiamy zarejestrować się w Urzędzie Pracy i ubiegać o dotacje na nie do końca przemyślany biznes – bo jak nie wyjdzie, to nic się nie stanie. Bo pomogą rodzice, bo łatwo dostać kredyt, bo wystarczy rok utrzymać się na rynku. A tyle mogliśmy zrobić przez te ostatnich kilka lat. Przecież do nas skierowane są wymiany studenckie w ramach programów CEEPUS, Erasmus, Most i wielu innych, dla nas są stypendia wyszehradzkie i darmowe kursy językowe. A to nie wszystko! Gdybyśmy zajrzeli do ofert zbieranych przez uniwersyteckie biura karier, zainteresowali się prowadzonymi przez nie szkoleniami. Mogliśmy nawet zakładać firmy i otrzymywać wsparcie z akademickich inkubatorów przedsiębiorczości! Czego więc nam brakuje? Gdzie podział się pęd do wiedzy? Gdzie entuzjazm? Gdzie pasja?
Gimnazjalne czy licealne lekcje przedmiotu zwanego „przedsiębiorczość” nie wystarczą. Teoretyczna wiedza o funkcjonowaniu rynku, etapach zakładania firmy czy umiejętność wypisywania wniosków to za mało. Być może jednym z największych wyzwań szkolnictwa będzie pobudzanie do aktywności, kreatywności, działania, a nie wspieranie przeciętności i lenistwa. Może wyjściem byłyby zajęcia prowadzone przez wykwalifikowanych trenerów, może należałoby zreformować lub zmienić system, aby absolwenci nie byli tylko łatwą do sterowania i bezmyślną masą, ale wartościowymi i przedsiębiorczymi – w pełnym znaczeniu tego słowa – ludźmi.
Korzyść czy szkoda? Rozważania drugie: na marginesie „Przedsiębiorczości moglibyśmy się uczyć od Chin” Sergiusza Prokutara
Pan Valéry – jeden z bohaterów Panów z dzielnicy G.M. Tavaresa – mawiał, że sytuacja, w której uważamy się za coś większego niż nasza praca, jest niebezpieczna. Podkreślał też, że sytuacja odwrotna jest równie groźna. Powinniśmy więc myśleć o sobie jako o równych wykonywanej przez nas pracy. To trudne zadanie, zwłaszcza, gdy robimy coś z przymusu lub nasz zawód nie cieszy się szacunkiem. Oczywiście, możemy sobie powtarzać, że żadna praca nie hańbi, a każda czegoś uczy. Jeśli wierzyć słowom Sergiusza Prokurata, publicysty „Gazety Finansowej”, taki właśnie stosunek do pracy mają Chińczycy – szanują ją, traktując jednocześnie jako jeden z koniecznych elementów do zebrania środków potrzebnych do założenia własnej firmy i osiągnięcia sukcesu (tekst ten jest dostępny na stronie: http://www.gf24.pl/index.php/wydarzenia/swiat/3822-przedsibiorczoci-moglibymy-si-uczy-od-chin.html).
Jednak taka „ścieżka kariery” wydaje się Polakom nieatrakcyjna, zbyt uciążliwa. Autor twierdzi, że unijne dotacje i inne formy pomocy rozleniwiają nas, zamiast zachęcać do działania i uczyć wytrwałości. Za bardzo ułatwiają start. Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że względna łatwość dostania pieniędzy na własny projekt prowadzi do powstania nikomu niepotrzebnych firm i trwonienia dotacji. Z jednej strony można tę diagnozę uważać za trafną. Przecież najbardziej liczy się natychmiastowy efekt, jak najszybciej osiągnięty sukces przy jednoczesnym minimalnym wkładzie własnym. Większość z nas, może nawet wszyscy, nie lubi się przemęczać. To jasne. Nie jesteśmy cierpliwi ani pokorni. A to właśnie pokora powinna cechować dopiero zaczynających karierę pracowników czy przedsiębiorców. Z drugiej jednak strony dotacja unijna pozwala pominąć opisywany przez Prokurata żmudny i długotrwały proces zbierania funduszy. Pozwala zaoszczędzić siły na rozwijanie działalności. A przecież i tak, jeśli ktoś się nie przyłoży, nie zaistnieje na rynku, zwłaszcza w tzw. merytokratycznych dziedzinach.
Malcolm Gladwell w swojej najnowszej książce „Poza schematem” pisze, że właśnie merytokracja jest szansą dla wszystkich tych, których nie możemy nazwać „osobnikami alfa”. Przytacza wiele przykładów, między innymi Billa Gatesa, Billego Joya, skrzypków wirtuozów. Co ich łączy? Pasja, szacunek i pokora wobec tego, co robią. Wszyscy, już od dzieciństwa, a więc od okresu, w którym odkrywamy swoje zainteresowania, poświęcali się w pełni swojemu hobby, a potem – pracy. Każda z osób, które zdobyły biegłość w swojej dziedzinie, spędziła co najmniej dziesięć tysięcy godzin na ćwiczeniach, zdobywaniu i pogłębianiu wiedzy. Żadna nie była do tego zmuszana. Można mówić o wrodzonych predyspozycjach do matematyki czy muzyki – ale według Gladwella to za mało, by osiągnąć sukces. Konieczna jest ciężka praca. Udowadnia on naukowo to, co od dawna - choć chyba bez przekonania – powtarzamy: praktyka czyni mistrza.
Gdzie się podziały tamte rozmowy...
Jeden z bohaterów Panów z dzielnicy Gonçalo M. Tavaresa lubił opowiadać o swojej żonie. Jednak nigdy nie widziano, by ktoś mu towarzyszył. Anatol France w Wyspie Pingwinów pisze o Smoku z Alca, którego nikt nigdy nie widział, ale którego wiele osób potrafi dokładnie opisać. Moja lista znajomych na Facebooku jest długa, choć z większością z nich nie mam kontaktu.
Powiedzieć, że coś się zmieniło, to banał; że nowe środki komunikacji zdehumanizowały kontakty międzyludzkie – też. Tak samo jak to, że dały nam też wiele nowych możliwości. Ale nie o tym chcę pisać. Nawet nie o tym, że oduczamy się rozmawiać i utrzymywać prawdziwe relacje, a dialog zastępujemy jak najzabawniejszymi komentarzami pod zdjęciami (trzeba się pokazać od najlepszej strony, znajomi mogą zobaczyć mój wpis) lub po prostu wymianą statusów (zjadłem, byłem w kinie) czy linkami do teledysków opisujących nasz aktualny nastój. Chodzi mi raczej o naszą, młodych ludzi, niedojrzałość społeczną. Jakąś przedziwną niechęć do rozmowy, przerażenie na myśl o spotkaniu z urzędnikiem czy pracownikiem sekretariatu. Chowanie się za plecami rodziców. Wydawało mi się przez jakiś czas, że wyolbrzymiam problem, bo zobaczyłam kilkunastu maturzystów składających dokumenty na studia w towarzystwie matek i ojców. Przypadkiem jednak sięgnęłam do „Metra”, w którym znalazłam wywiad z prof. Jackiem Kurzepą, poświęcony właśnie ukrywaniu się dorosłych, dziewiętnastoletnich ludzi za maminą spódnicą. Czyli jednak jest to szersze, zauważane przez socjologów zjawisko. Profesor Kurzepa jego przyczyn dopatruje się w nadopiekuńczości rodziców i przyzwyczajeniach wyniesionych ze szkoły średniej, w której to sekretarki załatwiały wszystkie formalności.
Takie wytłumaczenie zapewne jest słuszne, ale nie mogę uwolnić się od myśli, że może części z tych ludzi po prostu nie chce się czegoś zrobić. Rozmawianie przez komunikator jest łatwiejsze, tak samo załatwianie formalności przez Internet. Nie trzeba ukrywać ziewania, nie trzeba dobrze wyglądać, można skorzystać z zasobów Sieci, gdy się czegoś nie wie, można zniknąć w każdej chwili i winę zwalić na złe łącze. Być może to kwestia skąpstwa, jak w wierszu Jasia Kapeli: Że mam cele, to jasne, że do nich/ zmierzam, można by dyskutować, ale/ nie ma z kim. W mojej komórce/ nie ma nikogo, z kim chciałbym/ podzielić się szczęśliwą nowiną,[…]/ Może też być tak,/ że jestem zwyczajnie skąpy. Skąpstwa dotyczącego nie tylko finansów, ale też nas samych. Być może strachu przed ośmieszeniem się. Przyjrzyjmy się spotkaniom, seminariom otwartym, kołom zainteresowań, klubom dyskusyjnym, konferencjom. Nie cieszą się dużym zainteresowaniem, z wyjątkiem tych, dzięki którym można skrócić sobie zajęcia czy wykłady. Ale nawet, gdy przyjdzie na nie więcej osób, w momencie, gdy padają zdania: „Są jakieś pytania? Chcieliby się Państwo czegoś dowiedzieć?”, przeważająca większość obecnych wbija wzrok w podłogę lub notatki. Nawet gdy mają coś do powiedzenia. Jeśli mają.














