Wszystko jest możliwe!
Andrzej Gibas – współwłaściciel firmy „Euro – Tech”
Kiedy rozpoczął Pan własną działalność i jak wyglądały początki?
Andrzej Gibas: Wraz z małżonką rozpoczęliśmy własną działalność w 2003 roku. Były to bardzo trudne początki, ale także bardzo śmieszne. Zaczęło się od tego, że musieliśmy zdobyć kapitał. Udało nam się załatwić 1000 zł, które to pieniądze były pożyczone od teścia (śmiech). Przy tak małych środkach działalność, która była prowadzona u teściowej w pomieszczeniu 12 –sto metrowym, to już w ogóle w tamtych czasach było to abstrakcją. Wyróżniało nas to, że weszliśmy w sprzedaż internetową. Byliśmy pierwsi w branży: bilard, piłkarzyki i to dało nam przewagę. Oczywiście, to nie był tylko mój pomysł. Spotkałem osobę, której upadła firma i ta osoba zaproponowała, że zrobi mi stronę internetową, postawi sklep, a zapłacę jej po tym, jak sprzedam i zarobię. Wszyscy śmiali się z naszej decyzji, gdyż 7 lat temu Internet nie był tak popularny i ludzie zadawali pytania: Jak można sprzedać bilard, który waży kilkaset kilogramów, przez Internet? Jednak można!
Dlaczego akurat zdecydował się Pan na branżę rozrywkową, która w tamtych latach nie była zbyt popularna…
AG: Znajomi oraz brat zajmowali się rozrywką, wstawianiem bilardów do lokali i nigdzie nie mogli w szybkim czasie kupić części zapasowych. Zawsze trzeba było jechać do Żywca, prosić się, czasami tygodniami czekać, no i wprowadziliśmy coś takiego, że klient kupuje i na drugi dzień to dostaje. Na początku było to bardzo trudne, ze względu na mały kapitał… Wtedy tylko w polskich firmach to kupowaliśmy. Potem podpisaliśmy umowę z DPD i oni następnego dnia dostarczali paczkę. Musiałem godzić pracę na etacie, z pracą w firmie, bo potrzebny był czas, żeby biznes zaczął na siebie zarabiać. W ciągu dnia pracowałem dla kogoś, wieczorami już dla siebie. Nie było to łatwe. Po 3 miesiącach wynajęliśmy 16 metrów kwadratowych i to było wyzwanie, bo trzeba było zapłacić czynsz. Oczywiście stopniowo coraz więcej metrów. Teraz należy do nas 900 metrów kwadratowych, chociaż korzystamy z 400 –stu. Z czasem pojawiało się coraz więcej klientów. Pierwszym takim przełomowym momentem, po roku istnienia działalności, był import z Niemiec od firmy, z którą współpracujemy do dnia dzisiejszego. Od tamtej chwili mogliśmy zacząć konkurować z firmami, które były przed nami na rynku. Dostarczaliśmy towar w 24 godziny, świadczyliśmy usługi serwisowe. Dopiero po 2 latach zatrudniliśmy pierwszą osobę. Na dzień dzisiejszy zatrudniamy 5-ciu pracowników i jesteśmy liderem sprzedaży akcesorii bilardowych na rynku polskim. Wcześniej pracowaliśmy sami tzn. ja i małżonka. Miałem świadomość, że otwierając właśnie taką firmę niejako zamykam się na grupę tych najbardziej zamożnych. Jednak z czasem przyczyniłem się do tego, że aby mieć w domu porządny stół bilardowy nie są potrzebne dziesiątki tysięcy złotych, ale już tylko np. 4 tysiące. Jest to znaczna różnica i swoisty przełom na tym specyficznym rynku. Teraz już każdy może sobie pozwolić na ekskluzywny sprzęt i dzięki temu pojawiła się moda na posiadanie takiej rozrywki w domu. Cieszę się, że w tych przemianach mogłem uczestniczyć.
Firma działa tylko na Śląsku?
AG: Oczywiście, że nie. Mamy zamówienia z Polski, a także działamy już w Europie. Eksportujemy towar do Włoch, Belgii, Rumunii, Bułgarii, Czech, Słowacji, Szwecji. Co ciekawe, ostatnio wysłaliśmy nawet paczkę do Egiptu. Poza tym, chcemy wejść ze swoją marką na rynek tajwański. Jest to o tyle zabawne, gdyż większość produktów importujemy właśnie z Tajwanu (śmiech). Stworzyliśmy markę „Tournament Champion” i nią zamierzamy podbić Azję (śmiech). Ostatnio delegacyjnie byliśmy tam na wstępnych rozmowach i mamy obiecaną pomoc poznanych tam współpracowników.
Co dało Panu prowadzenie własnej działalności?
AG: Oczywiście satysfakcję, ale taką szeroko pojętą. Swoja firma to pewien prestiż, zarobki, ale także możliwość pomocy. Taką pomoc możemy podzielić na interesowną jak np. sponsoring wielu nagród itp. Naszym największym sukcesem w tej dziedzinie jest sponsorowanie mistrza Polski w snookerze Marcina Nitschke. Zamierzamy też sponsorować drużynę bilardową, no, ale zobaczymy co z tych planów wyjdzie. Ten sponsoring stricte reklamowy prowadzi do znacznie ważniejszych działań, które niejako powinni podejmować wszyscy przedsiębiorcy z racji tego, że są coś winni społeczeństwu. Ja np. staram się wspierać domy dziecka swoimi produktami. Mam świadomość, że te dzieci szukają oderwania od niekiedy szarej codzienności i chcę im pomagać. W tym roku włączyliśmy się także w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przekazując jej piłkarzyki. Mało jest takiej bezinteresownej pomocy, a szkoda… Jeżeli mogę z tego miejsca zaapelować do innych prezesów – pomagajcie, bo naprawdę warto. Co prawda w zamian nie dostaniecie paru tysięcy, ale np. uśmiech dziecka, który jest bezcenny.
Czy to prawda, że przedsiębiorca pracuje 24 h/dobę?
AG: Nie, to tylko komputer pracuje 24 h/dobę. Oczywiście nie jest tak, że pracuję 8 godzin i potem idę do domu. Owszem, pracownicy tak mają, ale szef nawet kiedy kładzie się spać myśli, co by jeszcze zrobić, jak usprawnić działanie firmy. To, że ja zamykam oficjalnie firmę o 17:00 lub 18:00, to wcale nie świadczy o tym, że tak nieoficjalnie już nie pracuję.
Jakie ma Pan plany na najbliższą przyszłość?
AG: Tak, jak już mówiłem ambitny plan stworzenia własnej, europejskiej marki „Tournament Champion”, która rozreklamuje także Polskę. Chcemy stworzyć pewną ilość produktów bardzo wysokiej klasy, żeby cała Europa ten produkt kupowała. Niestety na razie starając się sprzedawać coś np. w Niemczech, spotykamy się z pewnym stereotypem: ten produkt jest Polski, zatem jest gorszy. Postawiliśmy sobie za cel zerwać z tym trochę „chorym” stereotypem. Dążymy do tego, żeby całą sprzedaż detaliczną zostawić dystrybutorom, a my będziemy właścicielami marki. Przykładowo za 10 lat chciałbym już być dyrektorem, bo póki co, jak trzeba to robię wszystko od sprzątania do podejmowania decyzji (śmiech).















