Zawszę widzę szklankę w połowie pełną
Magdalena Kojder – dziennikarka, rzeczniczka prasowa, właścicielka firmy „Lena Public Relations”, świadczącej usługi w branży medycznej.
Kiedy rozpoczęła Pani własną działalność i jak wyglądały początki?
Magdalena Kojder: Zanim założyłam firmę przez wiele lat byłam dziennikarką. Gdy zdecydowaliśmy się z mężem na dziecko, doszłam do wniosku, że nie chcę w redakcji spędzać tyle czasu co do tej pory. A wiadomo, że bycie dziennikarzem wiąże się z nielimitowanym czasem pracy, często „od rana do wieczora”. Wtedy zakiełkowała myśl – a może warto otworzyć coś swojego?
Gdy mój synek skończył rok, w 2005 roku, podjęłam decyzję, że zakładam własną firmę. Początkowo miałam prowadzić działalność razem z koleżanką, ale ona jednak zrezygnowała – bała się, że interes się nie uda i „co wtedy będzie”? Ja postanowiłam się nie wycofywać i zrealizować swoje plany. Myślałam sobie... w razie czego mąż zarabia, więc nie będzie tragedii, gdy powinie mi się noga (śmiech). Ale nie zakładałam takiego scenariusza - miałam kontakty, które zdobyłam, gdy pracowałam jako dziennikarka i postanowiłam pójść tym tropem. Zaczęłam świadczyć usługi doradczo – szkoleniowe. Można powiedzieć, że trafiłam we właściwy moment, bo wtedy następowała mocna tabloidyzacja mediów. Zaczęły one „napierać” ze wszystkich stron na różne instytucje. Jak się okazało, te nie za bardzo radziły sobie z tym zainteresowaniem. I tu była dla mnie rola. Skupiłam się na branży medycznej, czyli szpitalach, placówkach ochrony zdrowia, bo będąc dziennikarką specjalizowałam się właśnie w tej tematyce. I tak wykonałam parę telefonów do szpitali, pytałam czy kogoś nie potrzebują... Potrzebowali... Jedni rzecznika prasowego, inni redaktora do gazetki dla pacjentów. I tak to zaczęło się kręcić. Trafiłam w swoistą lukę na rynku. Zaryzykowałam.
Na początku zapewne były jakieś wątpliwości, trudności… Jak sobie Pani z nimi radziła?
MK: Były wątpliwości, bo to normalne gdy rzucamy się na tzw. głęboką wodę. Zakładałam firmę nie mając klientów. To jest chyba największy strach przyszłych przedsiębiorców, którzy owszem, chcą założyć firmę, ale boją się co dalej? Ja najpierw zajęłam się logistyką. Kupiłam kserokopiarkę, drukarkę, skaner, faks. To miało mnie także zmobilizować do pracy. Bo skoro poczyniłam takie poważne zakupy, to trzeba zacząć zarabiać (śmiech).
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób boi się zacząć własną działalność, gdyż zastanawiają się skąd wezmą klientów. Nie wiem skąd, ale miałam przeczucie, że muszę założyć firmę, a potem będę się martwić o klientów. Akurat złożyło się tak, że z jednym klientem udało mi się podpisać umowę długoterminową natychmiast, potem zostałam polecona następnemu. I tak to się rozkręciło. Na pewno początkowo wentylem bezpieczeństwa było to, że przez dwa lata płaciłam niższy ZUS i jak się okazało, tych wydatków w pierwszym okresie działalności nie ma aż tak dużo.
Mi się udało (mimo przejściowych kłopotów w ciągu tych pięciu lat). Wiadomo, że nie wszyscy mają tyle szczęścia. Ale może nie tyle to brak szczęścia a brak konsekwencji?
Wspominała Pani, że wydaje gazetki i organizuje szkolenia. Jakby mogła Pani rozwinąć ten temat.
MK: W ramach swojej działalności proponuję m.in.: szkolenia z komunikacji werbalnej i niewerbalnej; uczę jak radzić sobie z „trudnym klientem” jakim niekiedy bywa pacjent w szpitalach; jak być asertywnym; jak obsługiwać klienta itp.
Niedawno dla jednego z moich klientów przeprowadzałam szkolenie dla rejestratorek, które jako pierwsze mają kontakt z pacjentem w szpitalu. Wcześniej, przez kilka dni obserwowałam te panie i szczerze mówiąc byłam załamana tym jak ta obsługa pacjenta wygląda. Zasada jest taka – jeden niezadowolony pacjent przekazuje pięciu innym jak to został źle potraktowany, jeden zadowolony pacjent to kolejny, jeden, który ma dobre zdanie o danym szpitalu. Robię wszystko, by moi klienci zrozumieli, że odpowiednie traktowanie pacjentów jest bardzo ważne. Że nie tylko proces diagnostyczno-leczniczy się liczy.
Poza tym robię też gazety dla pacjentów i/lub managerów. Użyłam sformułowania „robię” gdyż jestem i dziennikarzem i redaktorem naczelnym, korektorem. A dla mnie pracują też autorzy zewnętrzni, graficy.
Dlaczego właśnie medycyna?
MK: To był zupełny przypadek. W mediach każdy zajmuje się tzw. swoją „działką”. Ja zawsze myślałam, że będę dziennikarką sportową... jednak poszłam w inną stronę. Pewnego dnia zlecono mi tekst z związany z medycyną i wywołałam nim prawdziwą burzę… Ministerstwo Zdrowia zwołało konferencję prasową, a o „moim temacie” dyskutowano miesiącami. Początkowo byłam przerażona, bo czułam się niczym Nikodem Dyzma. Jednak powoli zdobywałam informacje i zaczęłam sobie dobrze radzić w tematyce ochrony zdrowia. I tak już zostało - stałam się specjalistką od „zdrowia.” Trening czyni mistrza (śmiech).
Czy jest jakaś książka, której treść jest dla Pani znacząca?
MK: Jest ich wiele. Jednak moją ulubioną książką jest Martin Eden Jack’a Londona. Książka doskonale wpisuje się w temat, o którym rozmawiamy, gdyż pokazuje pewną konsekwencję w działaniu. Uczy też jak ważna jest wiara we własne siły, mimo początkowych niepowodzeń. Że pewnego dnia wszystko się może zmienić. To jest trochę tak jak w powiedzeniu o szklance... Jedni zawsze widzą ją w połowie pustą, ja zawsze w połowie pełną.
Chcieć, to móc. To także moja dewiza. Nie mam marzeń… Mam konkretne plany do zrealizowania. Przeprowadziłam się właśnie z Warszawy na Śląsk i... tutaj też mam zamiar odnieść sukces.














